poniedziałek, 23 kwietnia 2007

11000 m n.p.m., 850 km/h, -61 'C

Czwarty lot liniami WizzAir i Bradystan "egen"

* Siemka. Wczoraj, czyli w niedzielę, wróciłem z urlopu na tych naszych pięknych Mazurach, a dokładniej z rodzinnego Mrągowa do.. Bradford. Życiowe plany i serce mówią mi, że to ostatni raz (przynajmniej w 2007 roku ;P). I teraz tylko byle do lipca xD

* To była dziwna podróż. Jeszcze inna niż poprzednie loty oraz drogi na i z lotniska. Dzięki zapobiegliwości udało się nam dostać na lotnisko w samą porę, ponieważ spokojnie jadąc na gdańskie Lech Walesa Airport podróżuje się 4 godzinki, ale na wszelki wypadek wyjeżdżamy zawsze 5 godzin wcześniej. I to mnie uratowało, bo na krajowej 7. (odcinek Ostróda-Gdańsk) była, jak to powiedział policjant z Wojewódzkiej Komendy Policji w Ostródzie, katastrofa.. 3 tiry i 2 osobowe... I 7. zapieczętowana na kilka godzin. Policjant doradził gdzie skręcić by zdążyć na lotnisko, tata za ster i ciężka noga na gaz, bo trzeba nadrobić czas, który stracimy cofając się i jadąc przez Morąg. Nerwów trochę było z początku, ale jak już zdradziłem - ledwo ledwo ale zdążyłem..

* A w samolocie..? Nie siedziałem tym razem przy oknie :( A takie ładne widoki były (zachód słońca ponad chmurami przy krystalicznie przejrzystym powietrzu <-61 'C>to nader wszystko ładny.. nie.. to przepiękny widok). A tak to siedziałem, słuchałem nutek z mp3, zjadłem na przykład banana (lol) i przekonałem się, że do chodzenia po samolocie podczas schodzenia do lądowania pełnego drobnych turbulencji i przy jednoczesnym skręcaniu to trzeba się przyzwyczaić. Przeszedłem szybko (pewnie za szybko) paręnaście metrów w kierunku uroczych stewardess (biorą je wszystkie z agencji modelek czy jak xD) i już na kilka chwil miałem mroczki przed oczami, zaburzenia równowagi i ogólnie chaos w głowie xD I to nie za sprawą urody obsługi samolotu (żeby nie było..) - po prostu trzeba się przyzwyczaić do takiego chodzenia po bujającym się w chaosie i przechyle samolocie..

* No, a podróż z John Lennon's Airport w Liverpoolu też nie była zwyczajna. Koledzy postanowili użyć nawigacji satelitarnej i tak oto nie wybraliśmy się autostradami, tylko skracając drogę osiemdziesięciu mil o blisko 25% postanowiliśmy wybrać się trasą przez angielskie miasteczka, pełną kosmicznych rond (było ich około 10, w tym ze dwa musiały być skomplikowanym dziełem obcych cywilizacji xD) i czerwonych świateł. A do tego przejechaliśmy przez wielką pokręconą krzyżówkę przerobioną, jak się zdaje, z 2 rond. Tak, kolejnych rond (takich w ósemkę ;P). Było fajnie, ja kimałem, a palmtop (Sat Nav) kobiecym głosem mówił, gdzie skręcić i za ile jardów będzie kolejne rondo xD Rzecz jasna zdawałem sobie sprawę, że ta krajoznawcza, krótsza droga pochłonie więcej czasu, bo nie przyciśniesz tak jak na autostradzie średnio do 120-150 km/h.. Ale looz.

* Aha, a wiecie czego się dowiedziałem w samolocie? Dwóch rzeczy:
- Raz, że w Polsce na kaca mówi się "kociokwik", i że na ten cholernie mocny ból głowy i ogólne cierpienie organizmu po mocnej całonocnej libacji starzy wyjadacze z Dzikiego Zachodu przygotowywali wywar z bobków dzikich królików (nie, no pycha..;P), że w Puerto Rico wkładają sobie na to cytryny pod pachy (nikt nie wie w jaki sposób to niby pomaga), i że na Jamajce oraz Wyspach Karaibskich używano na to magii - wkładasz po 9 specjalnych zaklętych igieł w każdą butelkę z której piłeś, i kac szybciej minie (gorzej jeśli wypiłeś z 10 browarów - dużo igieł potrzeba xD)..
- Dwa, że gadanie starych babek o filmach katastroficznych, gdzie nikt nie przeżył z rozbitego samolotu, a to podczas naszego lądowania, kiedy trochę trzęsło, silniki wyły jak opętałe a podwozie działało jakby chciało się wysunąć a nie mogło, to nawet mnie może nieco ruszyć xD

Brak komentarzy: